Na naukę pływania nigdy nie jest za późno. Brzmi trochę jak slogan, ale przez lata pracy przekonałem się, że w przypadku pływania rzeczywiście tak jest. Na basenie spotykam osoby, które rozpoczynają swoją przygodę z wodą po dwudziestce, czterdziestce, sześćdziesiątce, a czasami jeszcze później.
Powody są bardzo różne. Jedni chcą wreszcie czuć się pewnie podczas wakacji nad morzem. Inni zaczynają chodzić na basen dla zdrowia i kondycji. Ktoś planuje pierwszy triathlon, a ktoś po prostu od wielu lat ma poczucie, że pływanie jest umiejętnością, której mu brakuje. Każdy przychodzi też z innymi umiejętnościami i doświadczeniami. Jedna osoba bez problemu wskoczy do głębokiego basenu, ale po kilku metrach kraula będzie walczyła o każdy oddech. Inna potrafi przepłynąć kilkadziesiąt metrów własnym sposobem, lecz nigdy nie nauczyła się poprawnej techniki. Jeszcze ktoś inny zatrzyma się przy pierwszym zadaniu polegającym na zanurzeniu twarzy.
I właśnie dlatego nauki pływania dorosłych nie warto zaczynać od gotowego schematu. Najpierw trzeba zobaczyć człowieka, który przyszedł na zajęcia.
Dorosły przychodzi na basen ze swoją historią
Dziecko zazwyczaj dopiero poznaje wodę. Dorosły często ma już z nią jakieś doświadczenia — i nie zawsze są one dobre. Czasami jest to wspomnienie zachłyśnięcia się wodą. Czasami szkolny basen, wrzucenie na głęboką wodę albo czyjaś mało rozsądna próba nauczenia pływania metodą „puść, to zacznie płynąć”. Bywa też, że nie wydarzyło się nic szczególnego. Ktoś po prostu przez całe życie unikał sytuacji, w których nie czuł dna pod stopami. Takich doświadczeń nie da się zostawić w szatni.
Jeżeli ktoś boi się zanurzyć twarz, tłumaczenie mu, jak powinien prowadzić łokieć w kraulu, nie ma większego sensu. Najpierw musi przekonać się, że w wodzie może czuć się bezpiecznie. Dla jednej osoby pierwszym sukcesem będzie spokojne zanurzenie głowy. Dla innej oderwanie nóg od dna, położenie się na plecach albo samodzielny powrót do pozycji stojącej. Ktoś inny bez problemu wykona wszystkie te zadania, ale dopiero wejście na głęboką wodę pokaże, jak naprawdę się w niej czuje. Czasami postęp, który z boku wydaje się niewielki, dla osoby uczącej się pływać oznacza przełamanie naprawdę dużej bariery. Dlatego efektów nauki pływania nie mierzę wyłącznie liczbą przepłyniętych metrów.
Najpierw trzeba poznać wodę
Wiele osób przychodzących na pierwsze zajęcia chce jak najszybciej zacząć „normalnie pływać”. Najlepiej od razu kraulem albo żabką. Rozumiem tę potrzebę. Przepłynięcie pierwszej długości basenu daje ogromną satysfakcję. Nie zawsze jednak najkrótsza droga do drugiej ściany jest najlepszą drogą do nauczenia się pływania.
Zanim zaczniemy łączyć pracę ramion, nóg i oddechu, warto poznać środowisko, w którym mamy się poruszać. Poczuć działanie siły wyporu. Sprawdzić, co dzieje się z ciałem po nabraniu i wypuszczeniu powietrza. Nauczyć się zanurzać twarz, leżeć na piersiach i plecach, odbić się od ściany i przez chwilę pozwolić wodzie nieść ciało. Bardzo ważna jest dla mnie również umiejętność zmiany pozycji — przejścia ze stania do leżenia i ponownego powrotu do pozycji stojącej, obrócenia się z brzucha na plecy i z pleców na brzuch. To z pozoru proste czynności, ale dzięki nim człowiek zaczyna lepiej kontrolować swoje ciało i nie pozostaje zależny od jednej wyuczonej pozycji.
Co się dzieje, kiedy pod stopami nie ma dna?
Osobnym i bardzo ważnym elementem nauki jest oswojenie z głęboką wodą. Można całkiem swobodnie wykonywać ćwiczenia tam, gdzie w każdej chwili jesteśmy w stanie postawić nogi na dnie, a zupełnie inaczej zareagować w miejscu, w którym tej możliwości już nie ma. Sama świadomość, że pod stopami nie ma dna, potrafi spłycić oddech, zwiększyć napięcie i sprawić, że dobrze znane wcześniej ruchy przestają być naturalne. Dlatego od początku uczę również umiejętności chwilowego utrzymania się na powierzchni w pozycji pionowej.
Nie traktuję jej jako pozycji do pływania. Nie do tego służy. Ma przede wszystkim pozwolić na moment się zatrzymać, zorientować w sytuacji i odzyskać kontrolę, a następnie przejść do bardziej korzystnego ułożenia ciała i rozpocząć lub kontynuować pływanie. To ważne również z punktu widzenia późniejszej samodzielności. Nie wystarczy umieć przepłynąć kilka czy kilkanaście metrów, jeżeli po zatrzymaniu w miejscu, w którym nie można stanąć na dnie, natychmiast pojawia się panika. Umiejętność ta może przydać się nie tylko podczas ćwiczeń na głębokim basenie. Ma znaczenie również w sytuacji niespodziewanego znalezienia się w wodzie. Możliwość chwilowego utrzymania się na powierzchni daje czas, aby rozejrzeć się, uspokoić, ocenić sytuację, zmienić pozycję i zdecydować, co zrobić dalej, albo też dać chwilę cennego czasu, aby ktoś inny mógł przyjść na pomoc.
Dlatego uczę nie tylko poruszania się do przodu. Uczę również zatrzymania się, zmiany pozycji i ponownego rozpoczęcia pływania. Dopiero takie umiejętności dają podstawy do coraz większej samodzielności w wodzie.
Z wodą nie warto walczyć
Jedną z rzeczy, które najczęściej obserwuję u początkujących dorosłych, jest nadmierne napięcie. Uniesione barki, sztywna szyja, zaciśnięte dłonie, gwałtowne ruchy nóg. Im większa obawa przed zanurzeniem, tym mocniej człowiek próbuje utrzymać się na powierzchni. Im mocniej próbuje, tym więcej wykonuje niepotrzebnych ruchów i tym szybciej się męczy. W efekcie zaczyna walczyć z wodą. Paradoks polega na tym, że im bardziej staramy się nie zatonąć, tym trudniejsze może stawać się pływanie.
Woda nie jest dla człowieka naturalnym środowiskiem poruszania się, ale działa na nasze ciało w przewidywalny sposób. Możemy nauczyć się wykorzystywać siłę wyporu, zamiast bezustannie próbować utrzymywać się na powierzchni za pomocą pracy rąk i nóg. Możemy również nauczyć się tak układać ciało, aby stawiało mniejszy opór. Dlatego na początku nie zawsze potrzebujemy więcej ruchów. Czasami potrzebujemy ich mniej.
Dla osoby, która przez lata kojarzyła wodę z koniecznością ciągłego ratowania się przed zatonięciem, odkrycie, że można ograniczyć napięcie i zacząć wykorzystywać właściwości tego środowiska, potrafi całkowicie zmienić sposób myślenia o pływaniu.
Oddychanie zmienia bardzo dużo
Człowiek może całkiem nieźle układać ciało, przyzwoicie pracować rękami i nogami, a mimo to po 25 metrach zatrzymywać się przy ścianie kompletnie zdyszany. Bardzo często pierwszą diagnozą jest wtedy brak kondycji. Niekoniecznie słuszną. Problemem może być oddychanie.
Na lądzie robimy to automatycznie. W wodzie musimy podporządkować oddech wykonywanym ruchom. Wdech możemy zrobić tylko wtedy, kiedy usta znajdują się nad powierzchnią. Wydech natomiast możemy wykonywać pod wodą. Dla początkującego wcale nie jest to oczywiste. Jedni długo wstrzymują powietrze i próbują pozbyć się go dopiero tuż przed kolejnym wdechem. Inni wypuszczają je zbyt szybko i przez kolejne sekundy płyną z niemal pustymi płucami. Jeszcze inni próbują wykonać cały wydech i wdech w krótkiej chwili, kiedy usta znajdują się nad wodą. Do tego dochodzi czasami nabieranie ogromnej ilości powietrza, jakby przed każdym zanurzeniem trzeba było przygotować się do długiego bezdechu. Zamiast swobodnego rytmu pojawia się wtedy narastające napięcie i coraz większa potrzeba zaczerpnięcia powietrza. Ruchy stają się gwałtowniejsze, głowa zaczyna się unosić, pozycja ciała się pogarsza i po kilkunastu czy kilkudziesięciu metrach trzeba się zatrzymać.
Dlatego oddychanie traktuję jako jeden z fundamentów nauki pływania. Dopóki każdy wdech jest walką o powietrze, trudno oczekiwać swobodnego pływania.
Pierwsze 25 metrów nie jest najważniejsze
Pierwsza samodzielnie przepłynięta długość basenu jest oczywiście ważnym momentem. Dla wielu osób to pierwszy bardzo namacalny dowód, że naprawdę zaczynają pływać. Nie powinna jednak być celem za wszelką cenę. Jeżeli ktoś przepływa 25 metrów, wstrzymując oddech, z ogromnym napięciem i poczuciem, że ledwo dotarł do ściany, można powiedzieć, że wykonał zadanie. Trudno jednak jeszcze mówić o swobodnym pływaniu. Czasami wolę zatrzymać ucznia po dziesięciu metrach wykonanych spokojnie i poprawnie, niż pozwolić mu za wszelką cenę dotrzeć do przeciwległej ściany.
Dystans można później zwiększyć. Znacznie trudniej pozbyć się sposobu pływania zbudowanego od początku na napięciu, wstrzymywaniu powietrza i walce o każdy kolejny metr. Dlatego czasami trzeba zrobić coś, co pozornie wygląda jak krok wstecz. Wrócić do prostszego ćwiczenia. Ponownie popracować nad pozycją ciała, oddechem, równowagą czy ruchami napędowymi nóg. To nie jest cofanie się. Jeżeli prostsze zadanie pozwala później wykonać trudniejsze spokojniej i skuteczniej, właśnie zrobiliśmy krok do przodu.
Prędzej czy później przychodzi czas na technikę
Oswojenie z wodą, oddychanie i poczucie bezpieczeństwa są fundamentem. Nie są jednak celem samym w sobie. Prędzej czy później zaczynamy uczyć się poprawnych technik pływackich. Nie chodzi o znalezienie dowolnego sposobu na przedostanie się na drugą stronę basenu. Nie uczę pływania „pieskiem” ani żabką z głową przez cały czas uniesioną nad powierzchnią. Wcale nie muszą być one łatwe czy oszczędne, a przede wszystkim nie do nich zmierzamy podczas nauki.
Podstawą dobrej techniki są nogi.
To od pracy nóg do kraula najczęściej rozpoczynam pierwsze ćwiczenia napędowe. Początkowo w prostych pozycjach, w tym w pozycji stojącej oraz leżącej na plecach czy brzuchu, a później stopniowo łącząc ją z kolejnymi elementami. Nie chodzi przy tym wyłącznie o przesuwanie ciała do przodu. Odpowiednia praca nóg pomaga utrzymać właściwą pozycję i równowagę, a z czasem staje się częścią koordynacji całego ruchu. Jeżeli ten fundament funkcjonuje dobrze, łatwiej dobudowywać pracę rąk i timing oddechu.
W nauczaniu techniki preferuję podejście analityczne. Zamiast od razu próbować złożyć cały ruch w całość, rozbijam go na mniejsze elementy. Uczeń może wtedy skupić się na jednym zadaniu, zrozumieć je i nauczyć się świadomie nad nim panować. Dopiero później dokładamy kolejne części i stopniowo łączymy je w pełną technikę. Trochę przypomina to budowanie z klocków Lego. Najpierw potrzebujemy solidnej podstawy, a później dokładamy kolejne elementy. U osoby zaczynającej od zera bardzo często pierwszą wprowadzaną przeze mnie techniką jest kraul na grzbiecie. Twarz pozostaje nad powierzchnią, więc odpada konieczność koordynowania ruchów z oddechem. Możemy skupić się na ułożeniu ciała i pracy nóg, a następnie stopniowo włączać ramiona. Później często pojawia się kraul na piersiach, choć nie zawsze musi być drugi. U części osób wcześniej wprowadzam żabkę, a czasami rozwijamy obie techniki równolegle.
Nie ma jednej właściwej kolejności
Jeżeli ktoś już w pewnym stopniu pływa żabką, często właśnie od niej rozpoczniemy pracę. Zamiast odkładać na bok to, co już potrafi, możemy poprawić najważniejsze elementy i wykorzystać dotychczasowe doświadczenie jako punkt wyjścia do dalszego rozwoju.
Właściwa technika to nie wszystko
Poprawna technika pływania służy optymalizacji ruchu. Chodzi o takie wykorzystanie możliwości naszego ciała i właściwości wody, aby poruszać się skutecznie, nie zużywając przy tym więcej energii, niż jest to potrzebne. Nie oznacza to jednak, że dobre opanowanie techniki zastąpi przygotowanie fizyczne. Nawet bardzo poprawne pływanie wymaga od organizmu wysiłku, szczególnie gdy pokonywany dystans zaczyna się wydłużać.
Można pływać całkiem poprawnie technicznie na krótkim odcinku, ale wraz ze zmęczeniem coraz trudniej zachować tę samą jakość ruchu. Zaczyna zmieniać się pozycja ciała, ruchy stają się mniej precyzyjne, trudniej utrzymać właściwy rytm. Potrzebne są więc również siła i wytrzymałość, które rozwijamy przede wszystkim poprzez regularne pływanie. Kolejne długości, a z czasem kilometry, przyzwyczajają organizm do specyficznego wysiłku. Dzięki temu jesteśmy w stanie coraz dłużej utrzymywać wypracowany sposób pływania, również wtedy, gdy zaczyna pojawiać się zmęczenie.
To, co dzieje się pomiędzy zajęciami
Tempo postępu zależy nie tylko od samych lekcji, ale również od pracy wykonywanej pomiędzy nimi. Nie trzeba przy tym czekać do momentu, w którym potrafimy już pływać po basenie sportowym. Nawet osoba zupełnie początkująca może w płytkiej części basenu rekreacyjnego powtarzać poznane wcześniej ćwiczenia oddechowe, zanurzać twarz, wypuszczać powietrze czy oswajać się z przebywaniem w wodzie. Na tym etapie nie chodzi o dystans. Liczy się regularny kontakt z nowym środowiskiem i utrwalanie tego, czego uczymy się podczas lekcji.
Kiedy zdobyte umiejętności pozwalają już bezpiecznie korzystać z basenu sportowego, możliwości stają się znacznie większe. Można powtarzać poznane ćwiczenia, łączyć je z pływaniem i stopniowo zwiększać pokonywany dystans. Instruktor może wskazać kierunek, wychwycić błędy i podpowiedzieć, nad czym warto pracować. Nie zastąpi jednak czasu spędzonego w basenie. Stare pływackie powiedzenie trafnie ujmuje tę zależność: „Żeby pływać, trzeba pływać.”
Dorosły chce wiedzieć, dlaczego
To jedna z rzeczy, które bardzo lubię w pracy z dorosłymi. Nie zawsze wystarczy powiedzieć: „zrób tak”. Bardzo często chwilę później pojawia się pytanie: dlaczego? Dlaczego mam schować głowę? Dlaczego nogi opadają? Dlaczego po nabraniu powietrza łatwiej utrzymać się na powierzchni? Dlaczego podczas kraula obracamy głowę zamiast ją podnosić? Dlaczego czasami, próbując płynąć wolniej, męczę się bardziej? I dobrze. Jeżeli rozumiemy, po co wykonujemy określony ruch, łatwiej możemy świadomie nad nim pracować. Samo wyjaśnienie jednak nie wystarcza.
Mogę opowiedzieć, dlaczego po podniesieniu głowy zmienia się położenie reszty ciała. Znacznie ważniejszy jest moment, w którym uczeń sam poczuje różnicę pomiędzy jednym a drugim ułożeniem. Mogę tłumaczyć, w jaki sposób dłoń i przedramię powinny znaleźć oparcie na wodzie. Dopiero kiedy pływak zaczyna czuć, że jeden sposób wykonania ruchu rzeczywiście przesuwa go skuteczniej niż drugi, informacja przestaje być tylko teorią. W pływaniu trzeba więc nie tylko wiedzieć. Trzeba również poczuć.
Na początku nauki bardzo dużo dzieje się w głowie. Trzeba pamiętać o ułożeniu ciała, oddechu, pracy nóg czy wykonaniu konkretnego ruchu. Czynności, które później będą odbywały się niemal automatycznie, początkowo wymagają świadomej kontroli. Z czasem jednak coraz mniej trzeba o nich myśleć. Wielokrotnie powtarzany ruch zaczynamy rozpoznawać nie tylko po tym, jak wygląda, ale przede wszystkim po tym, jak go czujemy. Wiemy, kiedy ciało układa się dobrze, kiedy ruch daje właściwe oparcie na wodzie, a kiedy coś zaczyna nam przeszkadzać. Można powiedzieć, że na początku uczymy się pływać przede wszystkim głową. Później coraz częściej zaczynamy „myśleć ciałem”. Nie oznacza to, że przestajemy analizować swoje pływanie. Po prostu coraz więcej informacji dociera do nas poprzez czucie ruchu, napięcia, równowagi i kontaktu z wodą. To, co wcześniej wymagało ciągłego przypominania sobie kolejnych wskazówek, stopniowo staje się naturalne.
Nie da się poprawić wszystkiego naraz
Podczas przepłynięcia jednej długości można popełnić naprawdę imponującą liczbę błędów. Dotyczy to również osób, które pływają od wielu lat i mają za sobą setki czy tysiące przepłyniętych kilometrów. Pozycja głowy. Ułożenie dłoni. Łokieć. Rotacja. Praca nóg. Wydech. Moment wdechu. Tempo ruchów. Można oczywiście powiedzieć o wszystkim od razu. Tylko co z tego zapamięta osoba, która właśnie usłyszała siedem różnych poleceń? Najprawdopodobniej niewiele. Dlatego również przy poprawianiu techniki wolę działać krok po kroku. Wybieramy element, nad którym w danym momencie pracujemy, i dopiero kiedy zaczyna funkcjonować lepiej, przechodzimy dalej.
W przypadku osób już pływających pojawia się jednak dodatkowa trudność — automatyzm. Jeżeli ktoś przez kilka czy kilkanaście lat wykonuje określony ruch w ten sam sposób, nie musi już o nim myśleć. Ciało nauczyło się dobrze znanego schematu i zaczyna odtwarzać go automatycznie. Problem pojawia się wtedy, gdy ten schemat zawiera błąd, który chcemy poprawić. W takiej sytuacji nie wystarczy zrozumieć, jak ruch powinien wyglądać. Trzeba przebudować coś, co zostało utrwalone przez tysiące powtórzeń. Nowy ruch może początkowo wydawać się nienaturalny, niewygodny, a nawet gorszy od starego. Często trzeba zwolnić, skrócić dystans, wrócić do prostszego ćwiczenia i ponownie zacząć świadomie kontrolować coś, co przez lata odbywało się bez zastanowienia.
To wymaga czasu, cierpliwości i gotowości do wyjścia poza własną strefę komfortu. Szczególnie że stary automatyzm bardzo łatwo wraca. Wystarczy zmęczenie, większe tempo albo chwilowa utrata koncentracji i ciało zaczyna korzystać ze schematu, który zna najlepiej. Dlatego przebudowa techniki nie polega wyłącznie na nauczeniu się poprawnego ruchu. Trzeba go jeszcze powtarzać wystarczająco długo, aby stopniowo zaczął zastępować ten dotychczasowy. Dorosły ma przy tym dużą przewagę — potrafi analizować własny ruch. Musi jednak nauczyć się kierować uwagę na to, nad czym aktualnie pracuje, zamiast próbować kontrolować jednocześnie położenie głowy, ręki, łokcia, bioder i nóg.
Z czasem nowy sposób wykonania ruchu wymaga coraz mniej świadomej kontroli. To kolejny moment, w którym myślenie głową zaczyna ustępować miejsca myśleniu ciałem. Stary automatyzm zostaje zastąpiony nowym.
Instruktor powinien przede wszystkim obserwować i słuchać
Nauka pływania nie polega według mnie na staniu na brzegu i przekazywaniu kolejnych ćwiczeń z wcześniej przygotowanej listy. Trzeba obserwować. Nie tylko ręce i nogi. Czasami po twarzy człowieka widać, że ćwiczenie, które z technicznego punktu widzenia wydaje się banalne, właśnie przekroczyło jego granicę komfortu. Innym razem okazuje się, że możemy wymagać znacznie więcej, niż początkowo zakładaliśmy. Jednej osobie wystarczy krótkie wyjaśnienie. Drugiej trzeba ruch pokazać. Przy trzeciej najlepiej wejść do wody i pomóc jej poczuć właściwe ułożenie ciała.
Równie ważne jest słuchanie. „Boję się, kiedy nie czuję dna.” „Brakuje mi powietrza.” „Mam wrażenie, że nogi cały czas toną.” „Kiedy obracam głowę, nalewa mi się woda do ust.” Dla instruktora są to bardzo cenne informacje. To, co człowiek czuje, nie zawsze dokładnie odpowiada temu, co rzeczywiście robi, ale pozwala spojrzeć na problem również z jego perspektywy.
Bo jako instruktor mogę obserwować ruch, wychwycić błąd, wyjaśnić jego przyczynę, pokazać ćwiczenie i podpowiedzieć, co warto zmienić. Nie wykonam jednak tego zadania za osobę, która stoi przede mną. Nie poczuję też dokładnie tego, co czuje ona. Mogę widzieć, że ciało jest napięte, ale nie czuję tego napięcia. Mogę zauważyć problem z oddechem, ale nie odczuwam narastającej potrzeby zaczerpnięcia powietrza. Mogę widzieć, że ktoś radzi sobie na głębokiej wodzie, a jednocześnie nie doświadczać niepewności, którą ta sytuacja w nim wywołuje. Dlatego informacja płynąca w drugą stronę jest równie ważna jak moja obserwacja. Dopiero zestawienie tego, co widzę ja, z tym, co czuje uczeń, daje pełniejszy obraz. Instruktor może więc prowadzić, tłumaczyć, korygować i tworzyć warunki do nauki. Ostatecznie jednak to ćwiczący musi wykonać ruch, poczuć jego efekt i stopniowo nauczyć się rozpoznawać różnicę między tym, co działa, a tym, co mu przeszkadza.
Nie każdy musi uczyć się w tym samym tempie
Przez lata pracy nauczyłem się, że bardzo trudno przewidzieć tempo nauki wyłącznie na podstawie wieku czy ogólnej sprawności. Osoba wysportowana może mieć ogromny problem z rozluźnieniem się w wodzie. Ktoś, kto od wielu lat nie uprawiał żadnego sportu, może natomiast bardzo szybko poczuć działanie siły wyporu i znaleźć naturalny rytm. Różnimy się budową ciała, ruchomością, koordynacją, doświadczeniem, kondycją, a przede wszystkim tym, jak czujemy się w wodzie. Dlatego nie lubię sztywnych założeń typu: po trzech lekcjach powinieneś zrobić to, a po dziesięciu pływać kraulem. Każdy uczy się w swoim tempie.
Problem w tym, że dorosły często przychodzi na pierwsze zajęcia z pewnym wyobrażeniem tego, jak ta nauka będzie wyglądała. Kilka lekcji, opanowanie podstaw, pierwsze długości, a później już tylko coraz lepsze pływanie. Rzeczywistość nie zawsze wygląda w ten sposób. Czasami okazuje się, że samo zanurzenie twarzy wymaga więcej czasu, niż ktoś zakładał. Że nogi nie chcą pracować tak, jak powinny. Że po kilku metrach brakuje powietrza albo ruch, który podczas pokazu wydawał się banalnie prosty, we własnym wykonaniu okazuje się zaskakująco trudny. I właśnie wtedy część dorosłych bardzo szybko się zniechęca. Nie dlatego, że nie są w stanie nauczyć się pływać. Po prostu rzeczywisty przebieg nauki zaczyna rozmijać się z ich wcześniejszym wyobrażeniem o tym, jak szybko powinny pojawić się efekty.
Pojawia się myśl: „chyba się do tego nie nadaję”. A często problemem nie jest brak predyspozycji, tylko oczekiwanie, że proces, który wymaga czasu i wielu powtórzeń, powinien przebiegać znacznie szybciej. Dlatego często powtarzam swoim uczniom: „Nie patrz na swoje pływanie z perspektywy najbliższych trzech miesięcy. Popatrz na nie z perspektywy trzech lat.”
Jeżeli cały czas mamy poczucie, że musimy nauczyć się wszystkiego jak najszybciej, każde trudniejsze ćwiczenie, chwilowy zastój czy gorszy trening zaczynają wyglądać jak porażka. A stąd już bardzo blisko do frustracji i rezygnacji. Nauka pływania rzadko przebiega w idealnie prostej linii. Czasami postęp jest bardzo szybki, później przez pewien czas wydaje się, że niewiele się zmienia, aż w końcu coś, z czym długo się zmagaliśmy, zaczyna przychodzić niemal naturalnie.
Dlatego bardziej niż szybki efekt interesuje mnie kierunek i regularność. Dla jednej osoby ogromnym sukcesem będzie pierwsze samodzielne przepłynięcie 25 metrów. Dla drugiej kilometr bez zatrzymania. Dla kogoś innego moment, w którym po raz pierwszy znajdzie się w wodzie głębokiej i zamiast paniki poczuje, że wie, co zrobić. Nie widzę powodu, żeby te sukcesy ze sobą porównywać.
Z czasem instruktor powinien być coraz mniej potrzebny
Na początku to instruktor w dużej mierze prowadzi cały proces. Wybiera ćwiczenie, pokazuje ruch, obserwuje, koryguje i mówi, na czym skupić uwagę. Z czasem chciałbym jednak słyszeć coraz mniej pytań: „Było dobrze?”, a coraz częściej: „Tym razem było łatwiej.” „Kiedy przestałem podnosić głowę, nogi były wyżej.” „Kiedy lepiej rozłożyłem wydech, nie brakowało mi tak szybko powietrza.” „Tym sposobem lepiej czuję wodę na przedramieniu.”
To moment, w którym uczeń przestaje być wyłącznie wykonawcą poleceń, a zaczyna świadomie obserwować własne pływanie. Dlatego czasami zamiast od razu powiedzieć, co było źle, wolę zapytać: „A co ty poczułeś?” Ostatecznie instruktor nie będzie przecież stał na brzegu podczas każdego treningu. Pływak powinien z czasem nauczyć się rozpoznawać własne błędy, eksperymentować z ruchem i wiedzieć, co zmienić, kiedy pływanie nagle przestaje być tak swobodne jak wcześniej. Dobry instruktor nie powinien uzależniać ucznia od swoich wskazówek. Powinien stopniowo uczyć go radzić sobie bez nich.
Nauczyć się pływać, czyli właściwie czego?
Dla mnie umiejętność pływania oznacza więcej niż opanowanie kraula, żabki czy grzbietu. To również kontrola oddechu i własnego ciała, możliwość zatrzymania się, zmiany pozycji i poradzenia sobie tam, gdzie pod stopami nie ma dna. Dopiero na tej podstawie można rozwijać coraz lepszą technikę, wytrzymałość czy prędkość. Dlatego zanim rozpocznę naukę, chcę wiedzieć, kto stoi przede mną i po co właściwie przyszedł na basen. Dla jednej osoby celem będzie start w triathlonie. Dla drugiej regularny trening. Ktoś będzie chciał poprawić kraula, żeby bez zatrzymywania przepłynąć kilometr. A dla kogoś największą zmianą będzie możliwość wejścia podczas wakacji do jeziora razem z rodziną i poczucie, że po raz pierwszy naprawdę panuje nad tym, co robi w wodzie.
Technika ma pomóc osiągnąć właśnie ten cel. Dlatego gdybym miał wskazać jedną rzecz, od której warto rozpocząć naukę pływania osoby dorosłej, nie byłby to kraul, żabka ani praca nóg. Najpierw trzeba nauczyć się czuć w wodzie bezpiecznie i swobodnie.
Później przychodzi czas na pracę nóg, coraz lepszą pozycję ciała, oddychanie, napęd i koordynację. Na początku nad wieloma z tych rzeczy trzeba intensywnie myśleć. Z czasem coraz więcej zaczynamy po prostu czuć.
Myślenie głową stopniowo zamienia się w myślenie ciałem. A instruktor staje się coraz mniej potrzebny.
Aż w pewnym momencie człowiek przestaje zastanawiać się, czy potrafi utrzymać się na wodzie.
Zaczyna po prostu pływać.[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]