Rola rodzica w nauce pływania dziecka jest bardzo ważna. To rodzic najczęściej decyduje o pierwszym kontakcie dziecka z wodą, zabiera je na basen, wybiera moment rozpoczęcia zajęć i instruktora, a później przez kolejne lata wspiera, motywuje i pomaga przechodzić przez trudniejsze etapy nauki. Nie oznacza to jednak, że powinien sam przejmować rolę nauczyciela.
Co więcej, jego rola zmienia się wraz z wiekiem dziecka. Inaczej wygląda w przypadku niemowlęcia, z którym rodzic razem wchodzi do wody, inaczej u kilkuletniego dziecka rozpoczynającego samodzielną pracę z instruktorem, a jeszcze inaczej u starszego dziecka, które potrafi już pływać i praktycznie nie potrzebuje rodzica przy samych zajęciach. Zmienia się sposób pomagania, ale znaczenie rodzica pozostaje ogromne. Może bardzo ułatwić naukę, ale może ją również, najczęściej zupełnie nieświadomie, utrudnić. Przez lata pracy z dziećmi wielokrotnie obserwowałem obie sytuacje.
Czy rodzic powinien sam uczyć dziecko pływać?
Rodzic może zrobić bardzo dużo, żeby ułatwić dziecku późniejszą naukę pływania. Wspólne chodzenie na basen, zabawa w wodzie, chlapanie, zanurzanie się czy skakanie do rodzica pozwalają dziecku poznawać środowisko wodne w naturalny sposób. Jeżeli takie doświadczenia są pozytywne, mogą później bardzo ułatwić pracę z instruktorem.
Czym innym jest jednak wspólna zabawa i oswajanie dziecka z wodą, a czym innym próba samodzielnego nauczenia go pływania. W mojej subiektywnej opinii instruktora i trenera, to drugie bardzo często nie jest najlepszym pomysłem i potrafi przynieść więcej szkody niż pożytku. Dotyczy to również rodziców, którzy sami dobrze pływają, nawet tych z przeszłością zawodniczą. Problem nie zawsze polega bowiem na braku znajomości techniki. Rodzic zazwyczaj nie zna również metodyki nauczania pływania, czyli sposobu dobierania ćwiczeń i stopniowego wprowadzania kolejnych umiejętności. Nie zawsze wie też, jak reagować na trudności dziecka, jak dostosować poziom ćwiczeń do jego możliwości i kiedy zrobić krok do tyłu, żeby nie wywołać zniechęcenia. Moim zdaniem nawet bycie instruktorem czy trenerem pływania nie gwarantuje sukcesu w pracy z własnym dzieckiem. Bardzo często trudność wynika nie tylko z braku wiedzy, ale z relacji jaka łączy rodzica z dzieckiem.
Rodzicowi zależy. Czasami za bardzo. Chce, żeby dziecko zrobiło postęp, przestało się bać, wreszcie zanurzyło głowę, przepłynęło kilka metrów, czy tez wykonało jakieś trudne ćwiczenie techniczne w basenie sportowym. Kiedy kolejna próba się nie udaje, łatwo pojawia się zniecierpliwienie. Dziecko z kolei wobec rodzica pozwala sobie zazwyczaj na znacznie więcej niż wobec instruktora. Negocjuje, odmawia, złości się, buntuje albo po prostu nie chce słuchać. To, co miało być przyjemnym wspólnym wyjściem na basen, może szybko zmienić się w serię poleceń, poprawek i wzajemnej frustracji.
Z instruktorem relacja jest inna. Dziecko wie, że przyszło na zajęcia i że ta osoba ma je czegoś nauczyć. Łatwiej więc oddzielić naukę od zwykłej zabawy, a samemu instruktorowi zachować dystans, który rodzicowi — właśnie dlatego, że jest rodzicem — przychodzi znacznie trudniej. Dlatego wspólnych wizyt na basenie nie trzeba zamieniać w lekcje. Swoboda w wodzie, pozytywne doświadczenia i brak niepotrzebnej presji mogą przygotować dziecko do późniejszej nauki znacznie lepiej niż próba nauczenia go przez rodzica „prawidłowego” pływania.
Jak zmienia się rola rodzica wraz z wiekiem dziecka?
Jeżeli zajęcia prowadzi instruktor, rola rodzica zmienia się wraz z wiekiem i rozwojem dziecka. Na początku jest niemal nieodłączną częścią zajęć. Później stopniowo oddaje instruktorowi coraz więcej przestrzeni, aż w końcu przestaje być potrzebny w wodzie.
Niemowlę – rodzic jest częścią zajęć
W okresie niemowlęcym trudno właściwie mówić o klasycznej relacji instruktor–dziecko. Zajęcia odbywają się w układzie instruktor–rodzic–dziecko. Nie traktuję ich jako pierwszego etapu nauki pływania. Mają przede wszystkim charakter ogólnorozwojowy. Środowisko wodne dostarcza dziecku wielu nowych bodźców i doświadczeń ruchowych, ale nie uczy się ono jeszcze technik pływackich.
W tym okresie rodzic jest dla dziecka przede wszystkim źródłem bezpieczeństwa. To jego ręce podtrzymują ciało, jego twarz znajduje się najbliżej, a jego reakcje są dla niemowlęcia jednym z podstawowych punktów odniesienia. Instruktor prowadzi zajęcia, pokazuje i tłumaczy, ale większość bezpośredniej pracy z dzieckiem wykonuje rodzic. Niemowlę reaguje nie tylko na to, co dzieje się w wodzie, ale również na sposób, w jaki zachowuje się trzymający je rodzic. Znaczenie mogą mieć jego ruchy, napięcie ciała, sposób podtrzymywania dziecka, mimika czy ton głosu. Spokojne i przewidywalne zachowanie rodzica może więc ułatwiać dziecku poznawanie nowego środowiska. Nie oznacza to, że lęk rodzica automatycznie wywoła lęk przed wodą u dziecka, ale sposób, w jaki dorosły reaguje na nowe sytuacje, jest jednym z sygnałów odbieranych przez niemowlę.
Małe dziecko – rodzic stopniowo robi coraz mniej
W kolejnych latach układ zaczyna się zmieniać. Dziecko jest coraz bardziej świadome, lepiej rozumie polecenia i może wykonywać coraz więcej zadań samodzielnie. Rodzic nadal znajduje się w wodzie, ale stopniowo powinien robić coraz mniej. I właśnie to „coraz mniej” bywa trudne. Naturalnym odruchem rodzica jest pomoc. Kiedy dziecko sobie z czymś nie radzi, chce je złapać, podtrzymać albo zrobić coś za nie. Tymczasem częścią nauki jest również samodzielne mierzenie się z niewielkimi trudnościami.
Rolą rodzica nie jest więc usuwanie każdej przeszkody z drogi dziecka, ale stworzenie takich warunków, żeby mogło bezpiecznie próbować radzić sobie samo. Instruktor powinien w tym okresie stopniowo przejmować coraz większą część kontaktu z dzieckiem.
Około czwartego roku życia – dziecko zostaje z instruktorem
U mnie granica ta przypada zazwyczaj na okolice czwartego roku życia. Nie wynika to jednak z poziomu umiejętności pływackich, ale przede wszystkim z tego, czy dziecko jest już gotowe do samodzielnego kontaktu i współpracy z instruktorem. W tym wieku zazwyczaj potrafi nawiązać z nim relację, odpowiadać na pytania, rozumieć proste polecenia, komunikować swoje potrzeby, przez pewien czas skupić się na zadaniu i pozostać na zajęciach bez rodzica. Dzięki temu możliwa staje się bezpośrednia praca instruktor–dziecko bez obecności rodzica w wodzie.
Kiedy rodzic powinien się nieco wycofać?
Wyjście rodzica z wody nie zawsze oznacza, że przestaje on wpływać na przebieg zajęć. Czasami siedzi przy basenie, obserwuje i jego obecność zupełnie dziecku nie przeszkadza. Bywa wręcz pomocna, bo daje mu poczucie bezpieczeństwa. Zdarza się jednak dokładnie odwrotnie. Dziecko po każdym ćwiczeniu spogląda na mamę, po trudniejszym zadaniu biegnie do taty albo zaczyna negocjować, czy musi zrobić kolejną próbę. Rodzic z brzegu pokazuje, jak wykonać ruch, poprawia dziecko albo powtarza polecenia instruktora. Zamiast jednej relacji podczas zajęć powstają dwie równoległe.
Rodzic nie musi być drugim instruktorem. Jeżeli zdecydował się powierzyć dziecko konkretnej osobie, powinien dać jej przestrzeń do prowadzenia zajęć. Dziecku trudno skoncentrować się na zadaniu, jeżeli jednocześnie słucha instruktora i rodzica. Jeżeli rodzic ma wątpliwości dotyczące sposobu prowadzenia lekcji, znacznie lepiej porozmawiać o nich z instruktorem po zajęciach niż prowadzić własne zajęcia z brzegu.
Czasami najlepszym rozwiązaniem jest po prostu nieobecność rodzica przy basenie. Może na przykład obserwować zajęcia z widowni. Nie oznacza to braku zainteresowania dzieckiem, ale może być kolejnym etapem budowania jego samodzielności. Podobnie podczas rodzinnego wyjścia na basen nie wszystko musi zamieniać się w dodatkowy trening. Czasami warto po prostu pozwolić dziecku swobodnie pobawić się w wodzie, bez poprawiania każdego ruchu i zamieniania wspólnie spędzonego czasu w kolejną lekcję.
Przez lata pracy obserwowałem bardzo różne podejście rodziców do ich obecności podczas samych zajęć. Są tacy, którzy przez całą lekcję są wpatrzeni w dziecko i instruktora, śledzą niemal każdy ich ruch i sprawiają wrażenie, jakby za chwilę sami mieli wskoczyć do wody. Bywa, że podczas zajęć na basenie sportowym rodzic pływa obok dziecka albo na sąsiednim torze, co chwilę angażując się w przebieg lekcji. Są też tacy, którzy praktycznie na każdych zajęciach, zaraz po ich rozpoczęciu, wyciągają telefon i przez następne kilkadziesiąt minut właściwie nie podnoszą znad niego wzroku albo wychodzą z basenu, żeby załatwiać swoje sprawy.
Żadna z tych skrajności nie jest dobra. W takich przypadkach rolą prowadzącego zajęcia jest postawienie wyraźnych granic, kiedy obecność rodzica staje się zbyt intensywna, ale również zwrócenie mu uwagi na potrzebę większego zainteresowania wtedy, kiedy praktycznie przestaje uczestniczyć w całym procesie.
Rodzic i instruktor – dwie różne role
Zarówno jeden jaki i drugi mają w procesie nauki pływania zgoła odmienne role. Tak jak rodzic nie powinien stawać się podczas zajęć drugim instruktorem, tak instruktor nie może zastąpić rodzica. Nawet najlepszy nauczyciel pływania widzi dziecko przez kilkadziesiąt minut raz czy dwa razy w tygodniu. Może uczyć, motywować, stawiać granice i reagować na zachowanie dziecka, ale nie wychowa go za rodzica.
Na basenie szybko ujawniają się zachowania, które nie mają wiele wspólnego z samym pływaniem. Dziecko może mieć trudność z wykonywaniem poleceń, przyjmowaniem odmowy, kończeniem rozpoczętego zadania czy pogodzeniem się z tym, że nie wszystko uda się za pierwszym razem. Instruktor powinien umieć sobie z takimi sytuacjami radzić, ale kilkudziesięciominutowa lekcja nie może przejąć funkcji wychowawczej rodziny. Dlatego tak ważna jest współpraca. Instruktor odpowiada za sposób prowadzenia nauki, dobór zadań i bezpieczeństwo podczas zajęć. Rodzic odpowiada za znacznie szerszy kontekst: regularność, przygotowanie do zajęć, stosunek do obowiązków i sposób reagowania dziecka na trudności.
Znaczenie ma również sposób, w jaki rodzic traktuje instruktora. Dziecko bardzo szybko zauważa stosunek dorosłych do siebie. Jeżeli widzi, że rodzic szanuje instruktora i jego decyzje, łatwiej również jemu zaakceptować jego rolę podczas zajęć. Nie oznacza to oczywiście bezkrytycznego zaufania. Rodzic ma prawo pytać, mieć wątpliwości, oczekiwać profesjonalizmu, rozmawiać o postępach, a jeżeli sposób prowadzenia zajęć mu nie odpowiada — również zmienić instruktora. Szacunek powinien działać w obie strony.
Rodzic zna swoje dziecko w sposób, w jaki instruktor nigdy go nie pozna. Instruktor z kolei powinien posiadać wiedzę i doświadczenie dotyczące nauki pływania, których rodzic nie musi mieć. Najlepiej, kiedy obie strony nie rywalizują o to, kto ma rację, ale współpracują, żeby pomóc dziecku.
Motywować, wymagać czy odpuścić?
Kiedy dziecko zaczyna ćwiczyć samodzielnie, jedna z najważniejszych ról rodzica zaczyna się poza basenem. Dzieci nie zawsze chcą chodzić na zajęcia. Czasami basen przegrywa z zabawą, telefonem, kolegami czy pozostaniem w domu. Innym razem dziecko jest zmęczone, nie odpowiada mu temperatura wody albo po prostu nie ma ochoty na wysiłek. To normalne.
Nie uważam, że każde „nie chcę” powinno prowadzić do rezygnacji z zajęć. Dziecko nie zawsze potrafi ocenić długoterminową wartość tego, czego właśnie się uczy. Gdyby każdą decyzję dotyczącą aktywności pozostawić wyłącznie jemu, część dzieci zrezygnowałaby w momencie, kiedy przestaje być łatwo, przyjemnie i ciekawie. Tutaj rodzic jest potrzebny jako motywator. Może przypominać, po co dziecko chodzi na zajęcia, zauważać jego postępy i pomagać przejść przez okresy zniechęcenia. Czasami wystarczy powiedzieć: „Pamiętasz, że miesiąc temu się tego bałeś, a dzisiaj zrobiłeś to sam?”.
Motywacja nie zawsze musi jednak polegać na słowach. Czasami warto znaleźć coś, co akurat dla konkretnego dziecka stanie się dodatkowym bodźcem do działania. Niedawno jeden z moich kolegów instruktorów pracował z dzieckiem z nadwagą, które bardzo niechętnie podejmowało większy wysiłek. Żeby zachęcić je do bardziej aktywnego udziału w zajęciach, dał mu na czas lekcji swój zegarek sportowy. Dziecko mogło później zobaczyć, ile basenów przepłynęło i jak intensywnie pracowało podczas zajęć. Nagle wysiłek, który wcześniej był po prostu męczący, stał się czymś, co można było zmierzyć, sprawdzić i potraktować jak własne małe wyzwanie.
Nie chodzi oczywiście o to, żeby każde dziecko wyposażać w zegarek i zamieniać lekcję w analizę statystyk. Ten przykład dobrze pokazuje jednak, że nie ma jednego sposobu motywowania wszystkich dzieci. Jedno będzie potrzebowało pochwały, drugie konkretnego celu, trzecie elementu zabawy lub rywalizacji, a jeszcze inne możliwości zobaczenia własnego postępu. Dobry instruktor, podobnie jak rodzic, powinien szukać tego, co działa właśnie na konkretne dziecko.
Nie mam również nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu wykorzystać jako dodatkową motywację nagrodę. Jeżeli po trudnych zajęciach rodzic kupi dziecku ulubionego batonika albo po kilku tygodniach systematycznej pracy kupi wymarzoną zabawkę lub zabierze je do kina, nie widzę w tym niczego złego. Dla niektórych dzieci taka drobna nagroda może być dodatkowym bodźcem do działania, szczególnie w okresie, kiedy sama satysfakcja z postępów jeszcze nie wystarcza.
Ważne jednak, żeby nie nagradzać wyłącznie za wynik. Wysiłek, regularność, odwaga czy samo podjęcie trudnej próby również mogą zasługiwać na docenienie. Nagroda nie powinna przy tym zmienić się w stały cennik, w którym za każdą lekcję czy kolejną umiejętność należy się określona zapłata. Powinna pozostać jednym z narzędzi motywowania, a nie jego podstawą. Z czasem coraz większą nagrodą powinna stawać się dla dziecka własna satysfakcja z tego, że potrafi zrobić coś, czego wcześniej nie potrafiło.
Czasami sama zachęta jednak nie wystarcza i rodzic musi być trochę „policjantem”. „Rozumiem, że dzisiaj nie masz ochoty, ale na basen idziemy”. Nie widzę w takim podejściu niczego złego. Rodzice każdego dnia podejmują za dzieci decyzje dotyczące szkoły, snu, obowiązków czy korzystania z telefonu. Regularna aktywność fizyczna również wymaga czasami konsekwencji. Z mojego doświadczenia wynika, że część rodziców odpuszcza zbyt szybko. Pojawiają się dwie czy trzy trudniejsze lekcje, dziecko kilka razy protestuje przed wyjściem i zapada decyzja: „Skoro nie chce, nie będziemy go zmuszać”. Tymczasem uczenie się niemal zawsze zawiera momenty, kiedy początkowa fascynacja znika, a pozostaje wysiłek i powtarzanie.
Trzeba jednak odróżnić „nie chce mi się” od sytuacji, w której naprawdę pojawił się problem. Czym innym jest niechęć do wysiłku, a czym innym strach przed zajęciami, zła relacja z instruktorem czy wyraźna zmiana zachowania dziecka. Jeżeli niechęć jest silna albo utrzymuje się przez dłuższy czas, warto poszukać jej przyczyny, zamiast automatycznie zmuszać dziecko do dalszego uczestnictwa.
Czasami przyczyna znajduje się zresztą zupełnie gdzie indziej, poza basenem. Szkoła, prace domowe, angielski, basen, piłka, taniec, instrument i kolejne zajęcia dodatkowe potrafią wypełnić niemal każdy dzień tygodnia. Dziecko może nie mieć problemu z pływaniem. Może być po prostu zmęczone. Potrzebuje również czasu na odpoczynek, zabawę, kolegów, nudę i zwyczajne nicnierobienie. Rodzic musi więc nauczyć się rozróżniać sytuacje, w których potrzebna jest mobilizacja, od tych, w których dziecko naprawdę potrzebuje odpoczynku.
Konsekwencja nie jest tym samym co przymus. Rodzic może zdecydować, że dziecko ma przyjść na zajęcia. Nie oznacza to jednak, że powinien z brzegu wymuszać wykonanie konkretnego zadania, którego dziecko się boi. O tym, jak poprowadzić je przez taką trudność podczas lekcji, powinien decydować instruktor. Rodzic może wymagać regularności. Instruktor powinien decydować o sposobie prowadzenia nauki.
Wspierać, ale nie dokładać presji
Rodzic naturalnie chce widzieć efekty. Warto jednak pamiętać, że dzieci rozwijają się i uczą w różnym tempie. Różnią się sprawnością, koordynacją, wcześniejszymi doświadczeniami, temperamentem czy poziomem lęku.
„Zobacz, młodszy chłopiec już pływa”. „Twoja siostra w tym wieku już skakała”. „Kolega z grupy przepływa cały basen”. Takie porównania rzadko pomagają. Znacznie więcej mówi porównanie dziecka z nim samym sprzed kilku tygodni czy miesięcy. To właśnie tam najlepiej widać rzeczywisty postęp.
Podobnie każde wyjście z basenu nie musi zamieniać się w egzamin. „Ile długości zrobiłeś?”, „Nauczyłeś się już żabki?”, „Dlaczego jeszcze nie skaczesz?”. Nauka ruchu nie zawsze daje efekt, który można natychmiast zmierzyć. Czasami największym sukcesem jest coś, co z perspektywy rodzica wygląda bardzo niepozornie. Dlatego zamiast pytać wyłącznie o wynik, warto czasami zapytać: „Co dzisiaj było najfajniejsze?”, „Co było najtrudniejsze?” albo „Czego próbowałeś?”.
Rodzic daje przykład
Rola rodzica w budowaniu stosunku dziecka do aktywności fizycznej nie zaczyna się w samochodzie w drodze na basen. Duże znaczenie ma również jego własny sposób życia i codzienna postawa wobec ruchu, wysiłku i sportu. Dzieci bardzo dużo uczą się przez obserwację. Jeżeli aktywność fizyczna jest naturalną częścią życia rodziny, łatwiej traktować ją jako coś zwyczajnego, a nie kolejny przykry obowiązek. Rodzic nie musi być sportowcem. Ważniejsze jest to, jaki stosunek do ruchu pokazuje na co dzień.
Trudno przekonywać dziecko, że aktywność jest ważna, jeżeli jednocześnie obserwuje dorosłych, którzy sami konsekwentnie jej unikają. Podobnie trudno uczyć wytrwałości, jeżeli każdą niewygodę traktujemy jako wystarczający powód do rezygnacji. Dziecko słyszy nasze słowa, ale widzi również nasze zachowanie.
Nie oznacza to jednak przenoszenia na dziecko własnych sportowych ambicji. Jedno dziecko będzie chciało trenować i startować w zawodach, a inne będzie po prostu dobrze pływać i traktować basen jako jedną z wielu form aktywności. Dobry przykład rodzica nie polega na tym, żeby dziecko poszło jego sportową drogą, ale żeby ruch, wysiłek i dbanie o własną sprawność traktowało jako naturalną część życia.
Gdzie kończy się rola instruktora?
Podczas nauki pływania pojawiają się emocje: strach, frustracja, złość, niepewność czy brak wiary we własne możliwości. Dobry instruktor powinien umieć je zauważyć i uwzględnić w sposobie prowadzenia zajęć. Może pomóc dziecku poradzić sobie z lękiem związanym z konkretną sytuacją w wodzie, dać mu więcej czasu czy zmienić sposób pracy. Nauka pływania może również rozwijać samodzielność, cierpliwość, systematyczność i umiejętność radzenia sobie z niepowodzeniami.
Ma to jednak swoje granice. Lekcja pływania nie jest psychoterapią, a instruktor nie jest psychoterapeutą. Jeżeli problemy dziecka wykraczają poza sytuację na basenie albo wymagają specjalistycznej pomocy, trzeba umieć tę granicę zauważyć. Instruktor może wspierać dziecko i rodzica, ale nie może zastąpić ani rodzica, ani odpowiedniego specjalisty.
Znaleźć swoje miejsce
Rola rodzica w nauce pływania zmienia się wraz z wiekiem dziecka. Na początku jest blisko niego również w wodzie, daje mu poczucie bezpieczeństwa i pomaga poznawać nowe środowisko. Z czasem coraz więcej miejsca powinien pozostawiać instruktorowi, a sam skupić się na tym, czego nie da się zrobić podczas kilkudziesięciominutowej lekcji.
To przede wszystkim zapewnienie regularności, zainteresowanie tym, co dzieje się na zajęciach, zauważanie postępów i pomoc w przechodzeniu przez trudniejsze momenty. Czasami potrzebna będzie pochwała lub dodatkowa motywacja, innym razem konsekwentne: „Dzisiaj idziemy na basen”. Trzeba jednak również umieć dostrzec moment, w którym niechęć dziecka nie wynika ze zwykłego „nie chce mi się”, ale ze strachu, zmęczenia albo rzeczywistego problemu.
Nie trzeba przy tym stawać się drugim instruktorem, poprawiać każdego błędu ani kontrolować każdego ćwiczenia z brzegu. Dziecko potrzebuje przestrzeni, żeby próbować, popełniać błędy, mierzyć się z trudnościami i stopniowo coraz mniej polegać na pomocy dorosłych.
Najważniejsze nie jest więc to, żeby rodzic był przy dziecku na każdym etapie tak samo blisko. Ważniejsze, żeby potrafił rozpoznać, czego w danym momencie naprawdę ono potrzebuje — kiedy pomóc, kiedy zachęcić, kiedy wymagać, a kiedy zrobić krok do tyłu.