Skip to main content

 

Dzieci uczą się pływać inaczej niż dorośli. Woda działa oczywiście na wszystkich według tych samych praw fizyki, ale zupełnie inny jest sposób, w jaki kilkuletnie dziecko poznaje nowe środowisko, reaguje na polecenia, skupia uwagę czy radzi sobie z czymś, co za pierwszym razem mu nie wychodzi.

W swojej pracy z dziećmi patrzę więc na naukę pływania jako na proces, w którym kolejne umiejętności wynikają z tych zdobytych wcześniej. Najpierw jest oswajanie z wodą i poznawanie własnego ciała w nowym środowisku. Później zaczynamy budować podstawowe ruchy napędowe, dzięki którym dziecko może coraz swobodniej i bardziej samodzielnie się przemieszczać. Na tej podstawie stopniowo przechodzimy do nauki poszczególnych technik pływackich. Nie są to jednak trzy całkowicie oddzielone od siebie etapy. Część elementów pojawia się równolegle, a granice pomiędzy nimi są płynne. Dziecko nie musi w pełni zakończyć jednego etapu, żeby zacząć stawiać pierwsze kroki w kolejnym. Podstawowe ruchy napędowe mogą pojawiać się jeszcze podczas oswajania z wodą, podobnie jak elementy poszczególnych technik zaczynam wprowadzać, zanim przychodzi czas na połączenie ich w całość.

Równie ważne jak to, czego dziecko się uczy, jest dla mnie to, w jaki sposób do tego dochodzimy. Duże znaczenie mają kontakt, zaufanie, zabawa, odpowiednio dobrane wymagania i tempo dopasowane do konkretnego dziecka. Z czasem mojej pomocy jest coraz mniej, a jego samodzielności w wodzie coraz więcej.

Każde dziecko zaczyna z innego miejsca

Zanim zaczniemy pierwsze zajęcia, zawsze rozmawiam z rodzicami o dotychczasowych doświadczeniach dziecka z wodą. Pytam, czy wcześniej chodziło z nimi na basen albo pływało podczas wakacji, jak często miało kontakt z wodą i na ile zdążyło się już z nią oswoić. Interesuje mnie, jak wtedy radziło sobie w wodzie — czy czuło się w niej pewnie, poruszało się samodzielnie, czy korzystało z kółka, pływaczków lub innego sprzętu pomagającego utrzymać się na powierzchni. Jeśli wcześniej uczestniczyło w zajęciach w przedszkolu, szkole albo na kursie pływania, pytam również, jak długo trwała nauka, jak często odbywały się zajęcia oraz jakich technik lub ich elementów już się uczyło.

Na podstawie tego wywiadu wstępnie decyduję, czy zaczynamy na małym basenie rekreacyjnym, czy możemy od razu wejść na duży basen sportowy. Ostatecznie i tak najwięcej pokazuje mi dziecko w wodzie. Żeby przejść na duży basen, nie oczekuję znajomości konkretnej techniki pływackiej ani przepłynięcia określonego dystansu. Ważniejsze jest dla mnie to, czy dziecko swobodnie zanurza głowę, potrafi poradzić sobie z oddechem, utrzymać się na powierzchni na brzuchu i plecach oraz samodzielnie przemieszczać się w wodzie. Chcę też widzieć, że dobrze radzi sobie w sytuacji, kiedy nie ma podparcia pod nogami, i potrafi wtedy spokojnie wykorzystać umiejętności, które już posiada.

Czasami dziecko spełnia większość tych warunków, ale brakuje jednego elementu. Może na przykład sprawnie przemieszczać się z głową nad wodą, ale niechętnie zanurzać twarz i nie radzić sobie jeszcze z oddechem. Wtedy zaczynamy na małym basenie, gdzie skupiamy się przede wszystkim na elemencie, który wymaga jeszcze pracy, jednocześnie wykorzystując i rozwijając pozostałe umiejętności. Jeśli widzę, że dziecko dobrze radzi sobie w wodzie i jest gotowe na kolejny krok, możemy stosunkowo szybko zacząć wprowadzać zajęcia na dużym basenie.

Na to, z jakiego miejsca zaczynamy i jak szybko możemy przechodzić do kolejnych elementów, wpływają jednak nie tylko dotychczasowe umiejętności dziecka. Duże znaczenie ma również jego wiek. Widzę to bardzo wyraźnie podczas zajęć. To, nad czym z czterolatkiem pracujemy czasami przez wiele spotkań, siedmio- czy dziewięciolatek może opanować znacznie szybciej. Starsze dziecko zazwyczaj potrafi dłużej utrzymać uwagę, lepiej rozumie polecenia i łatwiej przekłada wyjaśnienie na konkretny ruch. Ma też bardziej rozwiniętą koordynację i większą świadomość własnego ciała.

Nie oznacza to jednak, że starsze dziecko zawsze będzie uczyło się szybciej. Wcześniejsze doświadczenia z wodą potrafią mieć równie duże znaczenie. Dziecko, które od najmłodszych lat chodziło z rodzicami na basen, bawiło się w wodzie i dobrze zna to środowisko, może być na zupełnie innym etapie niż jego rówieśnik, dla którego pierwsze zajęcia są jednym z pierwszych prawdziwych kontaktów z wodą. Dlatego nie każde dziecko musi przechodzić cały proces od początku ani pokonywać go w takim samym tempie. Jedno będzie potrzebowało więcej czasu na oswojenie z wodą i zbudowanie podstawowych ruchów napędowych, inne po krótkim sprawdzeniu i poprawieniu jednego elementu będzie gotowe do dalszej nauki na dużym basenie. Wiek jest ważny, wcześniejsze doświadczenia również, ale ostatecznie to umiejętności konkretnego dziecka pokazują mi, od czego powinniśmy zacząć.

Najpierw trzeba złapać kontakt

Bardzo ważny jest dla mnie sam kontakt z dzieckiem. Zajęcia nie polegają wyłącznie na wydawaniu kolejnych poleceń i poprawianiu sposobu ich wykonania. Dużo rozmawiamy, żartujemy, a czasami po prostu się wygłupiamy. Dzięki temu mam szansę lepiej poznać dziecko — zobaczyć, jak reaguje w różnych sytuacjach, co je bawi, co motywuje, kiedy potrzebuje zachęty, a kiedy można od niego trochę więcej wymagać. Ono z kolei poznaje mnie i z czasem zaczyna czuć się przy mnie coraz swobodniej.

Dzieci są przy tym bardzo różne. Jedne są otwarte, rozmowne i od pierwszych minut chętnie podejmują nowe zadania, inne bardziej introwertyczne i potrzebują czasu, żeby się oswoić i nabrać zaufania. Są dzieci spokojne i skoncentrowane, ale też bardzo ruchliwe, nadpobudliwe albo takie, którym trudno przez dłuższą chwilę utrzymać uwagę. Różnią się sprawnością ruchową, koordynacją i łatwością przyswajania nowych ruchów. Każde przychodzi też z innego domu, jest wychowywane w nieco inny sposób i inaczej reaguje na wymagania, pochwałę, niepowodzenie czy konieczność kolejnej próby.

Dlatego nie próbuję prowadzić wszystkich dzieci według jednego schematu. To samo zadanie jednemu mogę po prostu wytłumaczyć i poprosić o jego wykonanie, drugiemu pokazać, a z trzecim zamienić je w zabawę albo małe wyzwanie. Jedno potrzebuje więcej zachęty, inne trzeba czasem trochę wyhamować, a jeszcze innemu dać chwilę i pozwolić, żeby samo zdecydowało się na kolejną próbę.

W wodzie ma to szczególne znaczenie. Proszę przecież dziecko o rzeczy, które często są dla niego zupełnie nowe i nie zawsze od razu łatwe. Czasem ma zanurzyć głowę, położyć się na wodzie, puścić brzeg, skoczyć tam, gdzie nie ma gruntu, albo spróbować czegoś, czego wcześniej się obawiało. Znacznie łatwiej zrobić taki krok, kiedy obok znajduje się osoba, którą dziecko zna i której ufa. Rozmowa, żarty czy wspólne wygłupy nie są więc dla mnie czasem straconym kosztem nauki. Budują relację, która później bardzo często pozwala mi również więcej od dziecka wymagać. Może być swobodnie i wesoło, ale jednocześnie przychodzi moment, kiedy trzeba wykonać konkretne zadanie.

Dobry kontakt pomaga mi również ocenić, w jakiej formie dziecko przyszło na zajęcia. Staram się dobierać ćwiczenia nie tylko do jego wieku, charakteru i poziomu umiejętności, ale także do aktualnej dyspozycji fizycznej i psychicznej. Dziecko może być zmęczone po szkole, niewyspane, rozkojarzone albo po prostu mieć gorszy dzień. Innym razem jest pełne energii, skoncentrowane i gotowe na trudniejsze zadania. Dlatego nie trzymam się za wszelką cenę wcześniej założonego planu lekcji. Czasami widzę, że możemy zrobić krok dalej. Innym razem lepiej utrwalić to, co dziecko już potrafi, zmienić ćwiczenie, uprościć zadanie albo na chwilę obniżyć poziom trudności. Dla mnie indywidualne podejście oznacza również reagowanie na to, w jakiej formie dziecko jest właśnie tego dnia.

U najmłodszych zabawa jest podstawową formą nauki

To indywidualne podejście naturalnie łączy się ze sposobem prowadzenia zajęć. Im młodsze dziecko, tym większą ich część opieram na zabawie. Nie traktuję jej jako dodatku do nauki ani przerwy pomiędzy „prawdziwymi” ćwiczeniami. U najmłodszych dzieci to właśnie zabawa jest podstawową formą nauki.

Nie oznacza to, że w tym czasie nie realizujemy konkretnych zadań. Wręcz przeciwnie. Wyławianie przedmiotów może służyć nauce zanurzania i kontroli oddechu. Przepływanie pod makaronem pomaga w orientacji pod wodą. Odbicie od ściany i próba dotarcia do określonego miejsca pozwalają pracować nad pozycją ciała i ślizgiem. Obracanie się z brzucha na plecy uczy świadomej zmiany pozycji.

Przy najmłodszych dzieciach wykorzystuję również formę opowieści ruchowej. Ćwiczenie przestaje być wtedy tylko poleceniem do wykonania, a staje się częścią prostej historii. Dziecko może na przykład zanurkować po „skarb”, przepłynąć pod „mostem z tęczy”, żeby przedostać się na drugą stronę, albo dotrzeć do wyznaczonej „kryjówki”, która w opowieści staje się celem jego wyprawy. Czasami jest to jedno ćwiczenie, innym razem kilka zadań połączonych wspólną historią. Dla dziecka najważniejsza jest zabawa i wyobraźnia, a ja wykorzystuję je do pracy nad konkretną umiejętnością.

Wraz z wiekiem forma zajęć stopniowo się zmienia. Pojawia się więcej konkretnych ćwiczeń, powtórzeń, dłuższych odcinków i świadomego skupienia na technice. Nie wyznaczam jednak wieku, po którego przekroczeniu zabawa nagle się kończy. Jedno dziecko wcześniej jest gotowe na bardziej uporządkowaną pracę, inne potrzebuje na to więcej czasu.

Zabawa pozostaje zresztą obecna również później. Często nawet wtedy, kiedy większość zajęć odbywa się już na dużym basenie, na koniec wracamy na chwilę na mały. Po bardziej wymagającej pracy dziecko może się tam pobawić i rozluźnić. Jest to też pewnego rodzaju nagroda. Szczególnie u młodszych dzieci perspektywa kilku minut zabawy po wykonaniu ćwiczeń potrafi bardzo dobrze działać na motywację. Zależy mi na tym, żeby wraz z rosnącymi umiejętnościami nie znikała zwyczajna przyjemność z przebywania w wodzie.

Pierwszy etap — oswajanie z wodą

Dorosły wchodzi na basen i większość tego, co się tam dzieje, jest dla niego oczywista. Dla dziecka nowe może być niemal wszystko: woda na twarzy, dźwięk po zanurzeniu uszu, brak stabilnego podłoża, działanie wyporu czy konieczność kontrolowania oddechu.

Pierwszy etap służy właśnie poznaniu tego środowiska. Nie oznacza to jednak wielomiesięcznego chodzenia po brodziku i polewania się wodą. Od początku chcę, żeby oswajanie prowadziło do konkretnych umiejętności. Dążę do tego, żeby dziecko bez obaw zanurzało głowę, potrafiło kontrolować oddech i poznawało własną pływalność, ucząc się utrzymywania na powierzchni na brzuchu i plecach oraz zmiany pozycji ciała. Pojawiają się również odbicia od ściany, ślizgi oraz pierwsze próby samodzielnego przemieszczania się.

Oswajanie z wodą nie jest przy tym etapem całkowicie oddzielonym od dalszej nauki. Gdy tylko dziecko jest na to gotowe, równolegle zaczynam wprowadzać podstawowe ruchy napędowe.

Drugi etap — budowanie podstawowych ruchów napędowych

Wraz z coraz lepszym oswojeniem z wodą większego znaczenia nabierają ruchy, dzięki którym dziecko może samodzielnie się przemieszczać. Nie chodzi jeszcze o pełne techniki pływackie, ale o poznanie prostych i skutecznych sposobów poruszania się na brzuchu i plecach.

W obu pozycjach wprowadzam kraulową pracę nóg, a na brzuchu dokładam proste ruchy ramion dające napęd. Mogą to być ruchy przypominające pieska, pracę ramion w żabce czy uproszczony ruch kraulowy. Na tym etapie ważniejsze od dokładnego odwzorowania konkretnej techniki jest dla mnie to, żeby dziecko potrafiło wykorzystać ręce i nogi do samodzielnego przemieszczania się. Kolejnym ważnym elementem jest nabranie następnego wdechu bez chwytania mnie albo brzegu. Początkowo dziecko może po prostu podnieść głowę, nabrać powietrza, ponownie zanurzyć twarz i płynąć dalej. Dzięki temu jeden wdech przestaje wyznaczać dystans, który jest w stanie samodzielnie pokonać.

W miarę zdobywania samodzielności stopniowo przenosimy coraz większą część zajęć na duży basen. Jest to również kolejny element oswajania — tym razem z głęboką wodą i brakiem możliwości postawienia nóg na dnie. Zmienia się przy tym nie tylko głębokość. Mały basen rekreacyjny jest zwykle cieplejszy, natomiast woda w dużym basenie sportowym jest chłodniejsza, do czego dziecko również musi się przyzwyczaić. Dziecko wykorzystuje tam poznane wcześniej umiejętności, uczy się samodzielnie dopływać do brzegu, zmieniać pozycję, skakać do głębokiej wody i nurkować. Zależy mi na tym, żeby z czasem głębokość przestała być problemem, a dziecko wiedziało, jak zachować się w wodzie, w której nie ma gruntu.

Przejście z małego basenu na duży zazwyczaj rozkładam w czasie. Często zaczynamy zajęcia na dużym basenie, a później wracamy jeszcze na mały. Wraz z postępami stopniowo wydłużam część lekcji odbywającą się na dużym basenie, aż to on staje się głównym miejscem nauki. Mały basen zostaje wtedy przede wszystkim na końcówkę zajęć — kilka minut relaksu i swobodniejszej zabawy, którą traktuję również jako nagrodę za wcześniejszą pracę.

Trzeci etap — nauka poszczególnych technik pływackich

Na podstawie zdobytych wcześniej umiejętności zaczynam stopniowo rozwijać poszczególne techniki pływackie. Nie zaczynamy ich od zera — wiele potrzebnych elementów dziecko poznało już podczas wcześniejszych etapów.

Najczęściej jako pierwszy rozwijam kraul na grzbiecie, wykorzystując znaną już pozycję na plecach i pracę nóg. Następnie coraz więcej uwagi poświęcam kraulowi na brzuchu, w którym wcześniejsze podnoszenie głowy do wdechu stopniowo zastępujemy oddechem przez jej obrót. W dalszej kolejności pojawiają się ruchy delfinowe całego ciała, żabka, a na końcu pełny delfin. Nie traktuję jednak tej kolejności jako sztywnego programu. Jeżeli widzę u dziecka predyspozycje do konkretnej techniki, jej elementy mogą pojawić się wcześniej.

Na tym etapie coraz większego znaczenia nabiera jakość ruchu. Nie oczekuję od dziecka techniki dorosłego, doświadczonego pływaka, ale od początku staram się prowadzić ruch we właściwym kierunku, żeby nie utrwalać niepotrzebnych nawyków. Nie próbuję też poprawiać wszystkiego jednocześnie. Wybieram najważniejszy w danym momencie element, a nad kolejnymi pracujemy wraz z rozwojem umiejętności.

Nauka pływania to proces

To, ile czasu zajmie dziecku nauka pływania, zależy nie tylko od jego wieku, wcześniejszych doświadczeń i indywidualnych możliwości. Równie ważne jest to, co właściwie chcemy osiągnąć.

Jeżeli celem jest oswojenie dziecka z wodą, zainteresowanie go środowiskiem wodnym i nauczenie prostych sposobów samodzielnego poruszania się, można osiągnąć go stosunkowo szybko. Jeżeli natomiast zależy nam na kompleksowej nauce wszystkich technik pływackich i stopniowym doprowadzaniu ich do coraz lepszego poziomu, mówimy już o pracy rozłożonej na kilka dobrych lat. Dlatego pytanie „ile lekcji potrzeba, żeby dziecko nauczyło się pływać?” nie ma jednej odpowiedzi. Co innego oznacza podstawowa samodzielność w wodzie, a co innego technicznie poprawne pływanie wszystkimi stylami.

Postępu nie mierzę wyłącznie metrami

Rodzicom najłatwiej zauważyć rzeczy, które można policzyć. Jeszcze miesiąc temu dziecko przepływało pięć metrów, dzisiaj przepływa dziesięć. To oczywiście jest postęp. Tyle że równie ważne może być coś znacznie mniej spektakularnego: pierwsze swobodne zanurzenie głowy, spokojniejsze nabranie powietrza, samodzielne odepchnięcie od ściany, obrót z brzucha na plecy, pierwszy skok do głębokiej wody, samodzielny powrót do brzegu albo przepłynięcie krótszego odcinka w znacznie lepszy sposób.

Czasem postęp widzę nawet w reakcji dziecka na nieudaną próbę. Jeszcze kilka tygodni wcześniej po pierwszym niepowodzeniu chciało zakończyć ćwiczenie. Teraz wynurza się i mówi, że chce spróbować jeszcze raz. Takie zmiany trudno zapisać w metrach, ale często właśnie one otwierają drogę do kolejnego etapu.

Z tego samego powodu nie mam jednej granicy, po której przekroczeniu uznaję: od dzisiaj dziecko umie pływać. Pięć metrów? Dziesięć? Dwadzieścia pięć? Sam dystans mówi mi zdecydowanie za mało. Dziecko może przepłynąć długość basenu w znanych i kontrolowanych warunkach, a jednocześnie źle zareagować na niespodziewane zachlapanie, mieć problem ze zmianą pozycji albo bardzo niepewnie czuć się tam, gdzie nie ma dna pod stopami.

Dla mnie umiejętność pływania jest czymś szerszym. To swoboda w wodzie, kontrola oddechu, umiejętność zanurzenia i wynurzenia, utrzymania się na powierzchni, zmiany pozycji, samodzielnego przemieszczania się i coraz lepszego wykorzystywania poznanych technik. Nie oznacza to oczywiście, że dziecko, które dobrze pływa, nie potrzebuje już nadzoru nad wodą. Umiejętności zwiększają jego możliwości, ale nie eliminują zagrożeń.

Nauka nie zawsze idzie do przodu w równym tempie

Nawet przy regularnych zajęciach nauka dziecka rzadko wygląda jak równomierne przechodzenie z poziomu na poziom. Czasami przez kilka kolejnych spotkań postęp jest bardzo wyraźny. Innym razem przez dłuższy czas pracujemy nad tym samym. Zdarza się też, że coś, co tydzień wcześniej wychodziło bardzo dobrze, podczas kolejnej lekcji nagle sprawia problem.

Dochodzi do tego zwyczajne życie. Są choroby, wyjazdy, wakacje i dłuższe przerwy. Po powrocie jedno dziecko niemal natychmiast wraca do miejsca, w którym skończyło. Inne potrzebuje kilku zajęć, żeby przypomnieć sobie wcześniejsze umiejętności i ponownie odzyskać tę samą swobodę.

Bywa również tak, że zajęcia odbywają się regularnie, rodzice chcieliby zobaczyć kolejny krok, ja również wiem, w którą stronę chcemy pójść, ale dziecko w danym momencie po prostu nie jest jeszcze na to gotowe. Może chodzić o przejście na duży basen, pierwszy skok do głębokiej wody, zmianę sposobu nabierania powietrza albo nowy, trudniejszy element techniki. W takiej sytuacji mogę zachęcać, zmieniać ćwiczenia, szukać innej drogi i proponować kolejne próby. Nie mogę jednak przyspieszyć wszystkiego tylko dlatego, że dorośli uznali, że nadszedł już czas na następny etap.

Czasami przez kilka lekcji zostajemy więc przy tym, co dziecko już potrafi. Utrwalamy, zmieniamy zadania, nabieramy pewności. I zdarza się, że po pewnym czasie rzecz, której wcześniej dziecko zdecydowanie nie chciało zrobić albo nie potrafiło wykonać, nagle przestaje być problemem. Właśnie dlatego tempo nauki traktuję indywidualnie. Wiek, wcześniejszy kontakt z wodą, regularność zajęć, koordynacja, koncentracja i predyspozycje mają znaczenie, ale równie ważna jest gotowość dziecka do zrobienia kolejnego kroku.

Najważniejsza jest rosnąca samodzielność

Nie ma jednego momentu ani jednej umiejętności, która nagle zmienia niepływające dziecko w pływaka. To proces, w którym z czasem potrzebuje ono coraz mniej mojej pomocy, coraz lepiej rozumie własne ciało w wodzie i potrafi wykorzystać zdobyte umiejętności w coraz większej liczbie sytuacji.

Każde dziecko dochodzi do tego trochę inaczej. Jedno potrzebuje więcej czasu na oswojenie z wodą, inne szybciej zaczyna samodzielnie się przemieszczać, ale dłużej pracuje nad konkretną techniką. Jedno trzeba częściej zachęcać, inne czasem trochę wyhamować. Dlatego indywidualna nauka pływania nie polega dla mnie na realizowaniu tego samego programu z każdym dzieckiem w takim samym tempie, ale na znalezieniu drogi, która w danym przypadku rzeczywiście prowadzi do postępu.

Najważniejsze jest dla mnie to, żeby wraz z kolejnymi zajęciami dziecko stawało się coraz bardziej samodzielne w wodzie, a jednocześnie stopniowo rozwijało technikę i uczyło się pływać coraz lepiej.